Moje dziecko nie chce jeść w przedszkolu

Początek przedszkola to niezwykle stresujący okres zarówno dla dziecka, jak i dla rodziców. Dostaję od Was masę pytań odnośnie adaptacji do przedszkola. Duża część z nich dotyczy kwestii jedzenia. Z jednej strony boicie się, że menu będzie słabe. Z drugiej natomiast istnieje obawa, że maluch niczego nie zje w placówce. 

Adaptacja Kalinki poszła gładko, nawet bardzo. Zaczynała przedszkole mając 2 lata i 10 miesięcy. Był środek zimy, za 2 miesiące miał urodzić się jej brat (finalnie pośpieszył się o miesiąc). O ile problemu z rozstaniem nie mieliśmy i Kalinką chętnie od samego początku zostawała na cały dzień, o tyle pojawiły się poważne trudności z jedzeniem. 

Dziecko nie chce jeść w przedszkolu

Powodów niejedzenia w przedszkolu może być kilka. Ważne jest ustalenie przyczyny, bo mówienie o dziecku jako o przedszkolnym niejadku to słaby pomysł. Koneczne jest kompleksowe rozwiązanie. Niezbędna do tego będzie współpraca z wychowawcami, a nawet z przedszkolnym dietetykiem i dyrekcją. Podzielę się z Wami moimi patentami, które działały u mojego dziecka. 

Nieofobia

Między 2 a 6 rokiem życia dziecko przechodzi neofobię żywieniową. Niestety nakłada się ona na okres przedszkolny. Neofobia to nic innego jak lęk przed nowym i nieznanym jedzeniem (czasami nawet przed dobrze znanym). Ewentualnie takim, które wygląda jak nieznane. Przykładowo dziecko zje zupę pomidorową w domu, ale w przedszkolu z pozoru ta sama zupa nie będzie akceptowana. Powody mogą być różne: marchewka pokrojona jest w kostkę, a nie w plasterki, w zupie pływa natka pietruszki, makaron ma inny kształt. 

Co sprawdziło się u nas? Zaczęłam mocno studiować menu i starałam się serwować w domu zbliżone potrawy. Największą bolączką mojej córki były zupy, które pojawiały się codziennie na podwieczorek (posiłek serwowany o godzinie 15). Kalinka od początku rozszerzania diety bardzo słabo jadła zupy, więc ja nie podawałam ich zbyt często (to był mój największy błąd). Pojawiały się u nas raz w tygodniu i zawsze jako dodatek do obiadu, a danie główne. Od kiedy Kalina chodzi do przedszkola staram się serwować zupy w każdy weekend oraz przynajmniej 1-2 razy w tygodniu po przedszkolu. Dzięki temu po wielu nieudanych próbach oswoiliśmy niektóre zupy. Może Kalinką nie zjada pełnej miski, ale zawsze te kilka łyżek trafi do brzuszka. Cierpliwość i konsekwencją to największy sprzymierzeniec w tej sytuacji. 

Innym przykładem jest szakszuka. Często podawałam ją w domu na kolację, ale Kalinie robiłam samo jajko sadzone lub gotowane, bo ona nie lubi sosu pomidorowego. Jednak szakszuka pojawia się w przedszkolnym menu, więc zaczęłam serwować ją córce. Udało mi się nauczyć ją w taki sposób zjeść jajko, aby nielubiany sos pomidorowy nie stanowił problemu i został na talerzu. I to też jest świetne rozwiązanie, bo dziecko nie ucieka na widok nielubianego składnika i potrafi wybrać sobie to co chce zjeść. 

Wpływ grupy

Czasami słyszy się, że „niejadki” zaczynają jeść lepiej w przedszkolu, ponieważ dostosowują się do grupy. Niestety w przypadku mojej córki reakcja była odwrotna. Gdy zaczynaliśmy przedszkole w grupie był chłopiec z bardzo dużymi trudnościami w jedzeniu. Na nasze nieszczęście Kalinka siedziała obok niego przy stoliku i skutecznie zniechęciła się do jedzenia. Bywały dni, że nawet suchy makaron stawał się toksyczny, bo kolega tak powiedział. 

Co sprawdziło się u nas? Przede wszystkim rozmowa z dzieckiem na temat tego co było „niesmaczne” i dlaczego. Szybko udało mi się namierzyć źródło problemu. Rozmowa z nauczycielami pozwoliła na stałą zamianę miejsc podczas posiłków. Dzięki tak drobnej zmianie Kalinka zaczęła chętniej próbować pewniaków takich jak suchy makaron/ryż/ziemniaki/chleb. Z czasem zaczęła przekonywać się także do innych dań. Po kilku miesiącach przy każdym posiłku potrafiła coś sobie wybrać do zjedzenia. 

Trudna adaptacja i reakcja na zmianę

Są dzieci u których niejedzenie jest efektem problemów z adaptacją i przystosowaniem się do zmian. Stres związany z rozstaniem i pobytem w dużej grupie odbiera apetyt. Dziecki wychodzi z placówki głodne i zmęczone, co prowadzi do histerii już na progu szatni. 

Co sprawdziło się u nas? W pierwszych miesiącach przedszkola odbierając Kalinkę po godzinie 15:30 zawsze starałam się przynosić jej jakąś niewielką przekąskę. Czasami była to mała kanapka, innym razem jakieś placuszki. Bywało i tak, że w termosie miałam makaron z pesto (głównie w dni ze „słabym” menu). Dzięki temu unikaliśmy histerii w drodze powrotnej do domu. Początek przedszkola zbiegł się w czasie z narodzinami brata. Powrót do domu zawsze przypadał w porze drzemki Karola, dlatego niejednokrotnie wracałyśmy dłuższą drogą. Karol spał w wózku, Kalinką jechała na dostawce (mieliśmy wersję z fotelikiem). Gdy Kalinka zaczęła oswajać się z przedszkolnymi posiłkami proponowane przeze mnie przekąski stawały się coraz mniejsze, aż w pewnym momencie całkowicie zniknęły. Połączyłam ten moment z rezygnacją z dostawki i zakupem nowej hulajnogi. 

Czas po przedszkolu mamy tak zaplanowany, że wracamy od razu do domu, gdzie Kalinka może zjeść pełny posiłek. Dzięki temu mogę zaproponować jej zupę lub obiad zamiast kanapki. Po 2 latach coraz częściej pojawiają się sytuacje, że Kalina po wyjściu z placówki nie jest głodna i prosi tylko o jakiś mały owoc. 

Czego absolutnie nie robić? Nie należy przynosić dziecku drożdżówek, soczków i innych bardzo słodkich przekąsek. W ten sposób dziecko uczy się, że nie opłaca się jeść obiadu w przedszkolu, bo rodzic zaproponuje coś o wiele smaczniejszego. 

Kiepskie menu

Są rzeczy, które niestety trudno jest przeskoczyć. Jeśli w placówce jest kiepskie jedzenie to nie ma co oczekiwać, że dziecko będzie je zjadać. Ja na menu w naszym przedszkolu nie mogę narzekać. Uważam, że jest bardzo dobre pod względem różnorodności i zbilansowania składników odżywczych. Jednak zdążają się takie dania, że sama łapię się za głowę i myśle „tego Kalina na pewno nie ruszy”. 

Co sprawdziło się u nas? Jeśli menu przedszkolne nie spełnia oczekiwań dzieci i rodziców to zawsze można zgłosić problem dyrekcji. Pamiętajcie, w grupie rodziców siła. Czasami warto zacząć od rozmowy, która być może przyniesienie rezultaty.  

W naszym przypadku wszelkie pytania i sugestie rodziców konsultowane są z przedszkolnym dietetykiem. Pani dietetyk bardzo pilnuje jadłospisu i uważam, ze robi kawał dobrej roboty. Nie zgadza się na wszystkie sugestie, jednak tu i ówdzie robi wyjątki i zostają wprowadzone zmiany, które mają pomóc dzieciom z trudnościami. Przykładowo do zupy został wprowadzony dodatek serwowany osobno, np. grzanki, makaron, ryż itp. Dzięki tej drobnej zmianie maluchy, które na prawdę nie jedzą zup mogą zjeść przynajmniej dodatek i nie wychodzą aż tak głodne z placówki. Ja umówiłam się z Kalinką w ten sposób, że zawsze naleje sobie odrobinę zupy na spróbowanie i na nią założy dodatki. Jeśli zupa posmakuje to doleje więcej, jeśli nie to zje tylko dodatki. Panie wychowawczynie poinformowane są o umowie i wiedzą jak z Kalinką postępować. 

Jak poradzić sobie z niejedzeniem w przedszkolu?

W przypadku mojej córki najwięcej dobrego zrobił czas. Po dwóch latach w placówce Kalinką chętnie próbuje przedszkolnych obiadów (poza surówkami, nad którymi jeszcze pracujemy). Coraz częściej mówi, że coś jej smakowało i zajadała z apetytem. Bardzo często zjada chociaż kilka łyżek zupy. Najbardziej cieszy mnie, gdy mówi, że ona nie jest głodna po przedszkolu i faktycznie nie chce zjeść tego co przygotowałam na podwieczorek w domu.